Druidzka
magia
Stiles
nienawidził wody. Utonięcie zawsze wydawało mu się najgorszą
śmiercią z możliwych - nawet wtedy, gdy pogrążył się w świecie
mrocznej mitologii i dowiedział się, że prawdopodobieństwo
zostania rozszarpanym przez wilkołaka było większe, niż
zostanie potrąconym przez samochód na najbardziej ruchliwym
skrzyżowaniu w Beacon Hills. Wciąż, wizja zanurzenia się pod
powierzchnią wody przerażała go o wiele bardziej. Najwidoczniej
jednak los nie zamierzał rozpieszczać go tej nocy. Wredny drań.
Najpierw odebrał mu ojca, a teraz postawił go w sytuacji bez
wyjścia.
Westchnął
ciężko i siłą woli powstrzymał swoje ciało przed drżeniem. Oto
bowiem stał przed blaszaną wanną, wypełnioną po brzegi wodą i
niezliczonymi kostkami lodu, mając za moment dowiedzieć się, na
własnej skórze, co czuł Matt w ostatnich chwilach swego życia.
Gabinet weterynaryjny jeszcze nigdy dotąd nie wydawał mu się tak
klaustrofobiczny.
Ścisnął
odznakę ojca tak kurczowo, że pobielały mi knykcie.
Wtem
poczuł dużą dłoń na swoim ramieniu. Nie musiał się odwracać,
by wiedzieć, do kogo należy.
-
Nadszedł czas, Stiles. Od zaćmienia księżyca dzieli nas tylko
osiemnaście godzin - poinformował Deaton swoim profesjonalnym
tonem. Nie brzmiał jak ktoś, kto za chwilę będzie świadkiem - a
nawet, po części, przyczyną - czyjejś śmierci.
-
Zaczynamy? - spytał Derek, a jego głos był przepełniony
cierpieniem, jakby ktoś zadawał mu okropny fizyczny ból. Stiles w
pierwszym odruchu chciał rzucić mu się na szyję i zapewnić go,
że wszystko będzie dobrze, ale zaraz później się opamiętał.
Nie był z Derekiem aż tak blisko, by mógł to zrobić, a nawet
gdyby mógł... Nie wiedział, czy wszystko będzie dobrze. A jeśli
istniała rzecz, której nienawidził bardziej od wody, były to
kłamstwa i
obietnice
nie do spełnienia.
Deaton
skinął głową z nieczytelną miną i rozpoczął instruowanie ich.
-
Dobrze. Stiles, musisz wejść do środka - wskazał na stojącą
przed nim wannę. - Ktoś będzie trzymać cię pod wodą tak długo,
póki nie umrzesz. - Stiles kątem oka dostrzegł, jak Scott drgnął
niespokojnie po czym na ślepo odszukał rękę Allison, szukając w
niej oparcia. - Najważniejsze jednak, by osoba, która będzie cię
trzymać pod wodą, była również tą, będącą w stanie cię z
niej wyciągnąć. Musi łączyć was silna więź, związek
emocjonalny. - Allison posłała Scottowi uspakajający uśmiech, po
czym popchnęła go delikatnie do przodu. Najwidoczniej tylko Stiles
pomyślał, że jego bezpiecznym połączeniem ze światem żywych
może być ktoś zupełnie inny. I Deaton. Oczywiście, że
Deaton wiedział. - Derek, przygotuj się.
Derek
nie zważał na zszokowane spojrzenia i podszedł jeszcze bliżej, aż
plecy Stilesa opierały się o jego umięśnioną klatkę piersiową.
I choć Stiles miał teraz znacznie mniej przestrzeni wokół siebie,
nagle wszelkie klaustrofobiczne symptomy ustały.
Przełknął
jęk, gdy Derek pochylił się i zaczął szeptać mu do ucha. Jego
ciepły oddech przyjemnie kontrastował z chłodem bijącym z jego
wodnej trumny.
-
Uratujemy twojego ojca, Stiles. Ty
go uratujesz.
Chwycił
się tego zapewnienia niczym ostatniego koła ratunkowego, nawet
jeśli wiedział, że to koło nie utrzyma go na powierzchni zbyt
długo.
Czując
nowy przypływ determinacji i odwagi, zagryzł wargi i powoli
zanurzał coraz dalsze części ciała, aż zimna woda, kująca go
jak tysiąc igieł, sięgnęła mu do brody.
-
D-Derek... - Jego słowa były przyciszone i zniekształcone, odkąd
jego zęby zderzały się ze sobą pod wpływem wstrząsów ciała.
Derek jednak słyszał go wyraźnie, głównie dzięki rozwiniętym
zmysłom. - Jeśli coś m-mi się s-stanie...
Derek
posłał mu jedno ze swoich twardych spojrzeń Alfa, które zwykł
rezerwować dla swoich nieposłusznych Bet.
-
Nic ci nie będzie - warknął, rzeczywiście warknął, jak
wściekły rottweiler. Gdyby nie powaga sytuacji, Stiles zapewne
zaryzykowałby wypowiedzenie swoich myśli na głos, narażając się
na gniew wszystkich zebranych w pomieszczeniu wilkołaków. Nigdy nie
potrafili odnaleźć humoru w żartach o psach, w przeciwieństwie do
niego. Ale teraz nie był dobry czas na żarty. Był o krok od
śmierci - szlachetnej śmierci, która miała ocalić jego ojca, ale
wciąż przedwczesnej i najgorszej z możliwych.
-
G-gdyby coś mi się stało - naciskał - musisz wiedzieć... pewną
rzecz. Kocham cię.
Nie
czekał na żadną odpowiedź, ani nawet na zmianę w mimice twarzy
starszego mężczyzny. Zamiast tego wziął ostatni głęboki
wdech i zamknął oczy. Chwilę później poczuł na ramionach silny
nacisk i pozwolił, by duże dłonie Dereka wepchnęły go pod
lodowatą toń.
Tonięcie
przypominało atak paniki - jego serce biło szaleńczym rytmem, pod
powiekami pojawiły się mroczki, tchawica zacisnęła się jak w
imadle. Racjonalna część jego umysłu rozumiała, że
powstrzymywanie wody przed wdarciem się do organizmu jest
bezskuteczne. Jego racjonalna część umysłu podpowiadała, by
pozwolił jej wedrzeć się do płuc. Jego racjonalna część umysłu
kusiła go, by się poddał, obiecując w zamian uśmierzyć ból.
Ale
pozostała
część jego umysłu - ta bardziej zwierzęca, kierowana
instynktem samozachowawczym, nakazywała walczyć. Więc walczył,
tak mocno, jak mógł, póki jego pozbawiony dopływu tlenu mózg
pozwolił kontrolować mu jego ciało i wszystkie jego odruchy.
Nie
trwało to długo.
Mówi
się, że całe życie przelatuje przed oczami człowieka, który
umiera. Stiles spodziewał się ujrzeć najszczęśliwsze chwile z
dzieciństwa, gdy jego mama wciąż żyła, albo wspomnienia o
decyzjach, których najbardziej żałował, by coś mogło torturować
go również w zaświatach. Nie ujrzał ani jednego, ani drugiego.
Był tylko Derek.
Widział,
oczami osoby postronnej, ich pierwsze spotkanie w lesie. Słyszał
głęboki męski głos, który później na długo pozostał filarem
jego wszelkich fantazji erotycznych. Widział ich dramatyczną walkę
z szalonym Peterem, oraz ich epizod na basenie, podczas potyczki z
jadowitą przerośniętą jaszczurką, które zaowocowało
narodzinami wzajemnego zaufania, nawet jeśli wtedy było jeszcze
cienkie jak nitka. Aż wreszcie zobaczył i usłyszał ich rozmowę
sprzed trzech dni - choć miał wrażenie, jakby to było wieki temu
- gdy Stiles poinformował Alfa, że jego ojciec został porwany, i
że zna tożsamość daracha. Bał się wtedy, że Derek mu nie
uwierzy i w przypływie frustracji i desperacji uronił kilka łez.
Jednak, ku jego zaskoczeniu, Derek uwierzył mu od razu, nie
oczekując jakichkolwiek dowodów na poparcie jego wariackiej teorii.
A
później nie było nawet Dereka. Pozostała jedynie ciemność.
Gdy
otworzył oczy po raz kolejny i z pomocą Dereka wynurzył się z
wody, zaczął łakomie wdychać tlen, jakby w obawie, że za chwilę
znów może go zabraknąć. Kiedy wreszcie pierwszy szok minął i
odzyskał władzę w członkach swojego zziębniętego ciała, nie
dał czasu Derekowi, by ten okrył go ciepłym kocem, zamiast tego
rzucił mu się prosto w ramiona. Derek złapał go bez trudu,
przytulając go jeszcze bliżej i ciaśniej, chcąc dać mu tyle
ciepła i poczucia bezpieczeństwa, ile tylko potrzebował. Nie
narzekał nawet na to, że Stiles zmoczył mu ubrania, choć w
normalnych okolicznościach - Stiles był o tym święcie przekonany
- już rozerwałby mu zapewne gardło zębami.
-
Kocham cię, Derek - wyszeptał z czcią. Nie sądził, że
rzeczywiście wszystko skończy się dobrze i znów dane mu będzie
to powiedzieć. Ale teraz, gdy to mówił, czuł ogromną ulgę,
jakby zrzucił z siebie ciężar jakieś strasznej tajemnicy, która
zakuwała go do tej pory w żelazne kajdany.
Derek
nie odpowiedział, ale również go nie odepchnął i Stiles lubił
myśl, że może to niesamowity początek czegoś jeszcze bardziej
niesamowitego.
A
później jak tona cegieł uderzyła go rzeczywistość - zbyt surowa
i brutalna, by chciał radzić sobie z nią właśnie teraz. Ale
musiał, wiedział, że musiał.
Stało
się. Przywrócili moc Nemetonowi. Deaton ostrzegł ich o
konsekwencjach. W ich do niedawna sennym miasteczku miało zaroić
się od rzeczy - rzeczy, których opisy i obce nazwy zapełniały
strony bestiariuszy rodzin takich jak Argent.
Ale
Stiles był gotowy stawić czoła wszystkiemu, co zechce odebrać mu
to, za co oddał życie. Bo choć druidzka magia sprowadziła go z
powrotem, już na zawsze miał czuć ten rodzaj negatywnej energii,
ten mrok wewnątrz siebie, jakby śmierć zaciskała kościste
palce na jego sercu, nie pozwalając mu dłużej bić z taką siłą,
jak wcześniej. Blizna na jego duszy miała pozostać niewidzialna,
ale trwała.
Stiles
mógł mieć jedynie nadzieję, że ciemność nie pochłonie go
doszczętnie.
Nie,
gdy miał u swego boku Dereka.
-
Chodźmy ratować mojego ojca - przemówił po chwili ciążącej
ciszy i uniósł kącik ust w namiastce dawnego uśmiechu.
Czekało
go jeszcze wiele wyzwań i trudnych wyborów, ale teraz liczył się
tylko jego ojciec.
Jeden
krok na raz, pomyślał.